Życie za Żyda

Rodzina Kowalskich krótko przed śmiercią. Z lewej stoi Janka, rodzice trzymają Henia i Tadzia, nad nimi stoją Stefan i Zosia (w oknie)
(fot.
Gość Niedzielny / archiwum rodzinne)

Ci Polacy pomagali Żydom. Za karę Niemcy spalili ich żywcem: tatę, mamę i pięcioro dzieci.

Czternastoletniej Jance udało się jakoś wyskoczyć z płonącego domu. Ruszyła biegiem przez podwórko. Ale zaraz skosiły ją strzały. Niemieccy żandarmi zdarli jej z nóg nowe oficerki z lśniącymi cholewami, które właśnie sprawił Jance ojciec. Potem żandarm chwycił dziewczynę za warkocz i zaciągnął ją z powrotem w płomienie.
Tak zginęli Kowalscy z Ciepielowa, wsi na ziemi radomskiej.


 



Patrzcie, jak giną

 

Ludzie na Zachodzie często słyszą o „polskim antysemityzmie”, o Jedwabnem. Ale czy ktoś słyszał o rodzinie Kowalskich z Ciepielowa? – pyta Krzysztof Noworyta, kierownik działu programowego Narodowego Centrum Kultury. Centrum wraz z IPN organizuje akcję upamiętnienia Polaków, którzy oddali życie za ratowanych przez siebie Żydów. 4 grudnia minęła 65. rocznica założenia przez polskie podziemie Rady Pomocy Żydom. A 6 grudnia przypada 65-lecie niemieckiej zbrodni w Ciepielowie. Powstał właśnie dokumentalny film o Polakach ratujących Żydów „Życie za życie”. Wkrótce ukaże się też książka. Kowalscy byli tylko jedną z czterech rodzin, które żywcem spłonęły tego dnia w gminie Ciepielów. Niemcy zamordowali tam 33 osoby. W większości dzieci.

Na zachodzie Europy Niemcy nie karali śmiercią za pomaganie Żydom. Mimo to było tam niewielu chętnych do ich ukrywania. A nawet gorzej: francuski rząd Vichy, który współpracował z Hitlerem, z własnej inicjatywy kazał wyłapywać Żydów i dostarczać ich Niemcom. Tymczasem Polaków Niemcy zabijali nawet za podanie Żydom stłoczonym w pociągu wiadra wody. Mimo to właśnie Polacy dostali najwięcej medali „Sprawiedliwy wśród narodów świata” za ratowanie Żydów: ponad 6 tysięcy. – Wiadomo, że około 2,5 tysiąca Polaków zapłaciło życiem za pomaganie Żydom. Z nazwiska jest znanych w przybliżeniu połowa z nich – mówi Mateusz Szpytma, historyk IPN, autor książki „Sprawiedliwi i ich świat”, która trafi do księgarń 20 grudnia. Szpytma opowiada w niej m.in. o rodzinie Ulmów z Markowej niedaleko Łańcuta. Niemcy w 1944 roku rozstrzelali ich, bo ukrywali na strychu ośmioro Żydów. Zginęły też dzieci Ulmów: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia i siódme w łonie matki. To był już dziewiąty miesiąc. Sąsiedzi pochowali ich nocą. „Kładąc do trumny zwłoki Wiktorii Ulmy stwierdziłem, że była ona w ciąży. Twierdzenie to opieram na tym, że z jej narządów rodnych było widać główkę i piersi dziecka” – zeznał po wojnie jeden z sąsiadów. Po morderstwie jeden z żandarmów, zgermanizowany Czech Joseph Kokott, powiedział po polsku do sąsiadów ofiar: „Patrzcie, jak polskie świnie giną – które przechowują Żydów”.

 

Niemce jadą!

Kowalscy z Ciepielowa i ich sąsiedzi zostali zabici jeszcze okrutniej. Żyją jeszcze ludzie, którzy to pamiętają. Marian Kosior z Rekówki koło Ciepielowa miał wtedy 12 lat. O poranku starszy brat kazał mu pobiec z ostrzeżeniem do krewnych w drugiej części wsi, że jadą do nich Niemcy. Tak działał wtedy swoisty system alarmowy: Polacy pracujący w urzędzie gminy czasem wiedzieli z wyprzedzeniem, co ma się stać. W niemieckiej żandarmerii w Ciepielowie służył też przez pewien czas mówiący po polsku Ślązak, który współpracował z miejscowymi chłopami.

Marian rzucił się więc do szalonego biegu przez pola. Po kilku minutach dotarł do domu Skoczylasów. Mieszkali w nim też Stanisław i Marianna Kosiorowie z dziećmi, kuzynami Mariana. Chłopak zwrócił uwagę, że czarny pies, który pilnował obejścia Skoczylasów, strasznie ujadał. Jeszcze kilkanaście kroków i zadyszany Marian wpadł do sieni. – Ale w mieszkaniu już były Niemce. I co tu powiedzieć? Taka mi przyszła myśl, że powiedziałem, że po pieniądze przyszedłem – wspomina dziś Marian Kosior.